Odkładając na półkę: Cena zniszczenia

Zamieszczone 8 marca 2020 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Kiedy byłem młodszym licealistą, zbierailiśmy się z kolegami by grać w gry. Jedną z takich wspólnych gier był „Genghis Khan”. Jeden z kolegów stosował dziwaczją strategie: wcielał wszystkich do wojska i zanim w państwie zabrakło żywności i towarów, napadał sąsiada. Podbijł, a w kolejnej turze, wyżywiwszy się jego żywnością i nasyciwszy jego towarami, znowu wcielał wszystkich do armi i napadał na kolejne państwo…

Gdy czytałem „Cenę zniszczenia” to miałem wrażenia, że to niezłe streszczenie nazistowskiej polityki militarno-gospodarczej.

Bo postrzegamy III Rzeszę jako państwo mocarne, a Tooze pokazuje je jako pogrążone w ciągłym kryzysie. I „lekarstwem” na ten kryzys jest napad na sąsiednie państwo, którego zasoby pomagają jednak chwilowo, zwykle przynosząc też nowe koszty i trudności. I wracamy do ataku na kolejne państwo…

To bardzo cenne spojrzenie na wojnę. Bo w zasadzie to kolejny przykład, że strony były plus minus racjonalne. III Rzesza była potencjalnie słabsza od aliantów; pod wielu względami nawet od samej Francji. Wcześniejsza mobilizacja gospodarki (jej przestawienie na stopę wojenną następuje już w 1934), okazuje się niewielkim atutem, skoro do wyścigu zbrojeń przyłączają się możniejsi: Francja, Wielka Brytania, ZSRR, USA… Każdy kolejny rok sprawia, że Niemcy są względnie słabsze. Stąd też Blitzkrieg — jedyną nadzieję stanowi szybkie pokonanie przeciwnika, bo nie ma żadnych odwodów i rezerw, które pozwoliłyby sobie poradzić w przypadku oddania inicjatywy przeciwnikom.

W przypadku Polski to jeszcze nie ma znaczenia — Polska i tak jest słabsza i mniej nowoczesna (bo Niemcy wcale nie są w pełni nowoczesne…), ale w przypadku Francji to już istotna kwestia — bo, jak przekonuje autor — wystarczyłyby zapewne dni opóźnienia i jakikolwiek poważniejszy kontratak, a Niemcy wpadli by w problemy i może przegrali wojne w 1940.

(I tu jest druga strona, bo Aliantom opłaca się czekać. Naturalne jest myślenie: niech się Niemcy wykrwawią, to dla nas korzystne.)

***

Drugim wątkiem jest kwestia mobilizacji gospodarki i walki autora z mitami, przede wszystkim tworzonymi przez Speera. Bo Speer chciał się zaprezentować jako zbawca zbrojeń, który uporządkował państwo nie dość zmobilizowane… Faktycznie, pomógł w mobilizacji, ale trudno tu mówić o jakimś przełomie. I trudno mówić o spóźnionym przejściu na stopę wojenną, bo Niemcy były na niej od 1934 roku.

Speer nie jest może najbardziej negatywnym bohaterem tej książki, ale na pewno jest bohaterem odbrązowionym.

***

Kolejna rzecz pełna mitów — jaka była ta gospodarka nazistowska. Autor przekonuje, że ideologiczne były dwie rzeczy: rolnictwo i militaria, a raczej pęd do wojny. Cała zaś reszta — to już ja dopowiem — wydaje się próbą improwizowanego łatania dziur. Dziury łata państwo, więc jego wpływy rosną i rosną, ale sterowanie polityczne nie jest celem — jest środkiem, by zażegnywać kolejne kryzysy, które wciąż zagrażają niemieckiej gospodarce.

***

Po Cenie zniszczenia sięgnąłem po Moorhouse’a piszącego o kampanii wrześniowej. I nawet jeśli tu i ówdzie potrzepiałbym się Tooze’a to jednak objęcie badaniem tej materialnej podstawy wojny jest porażająco wręcz solidne i ważne; i można się dziwić, jak po nim jest jeszcze możliwia „tradycyjna” historia, w której naturalnym jest, że żołnierze maja broń, a politycy mają pełną swobodę manewru…

Adam Tooze, Cena zniszczenia. Wzrost i załamanie nazistowskiej gospodarki, tłum. Dominik Jednorowski, Napoleon V, 2016

Odkładając na półkę: Tożsamość

Zamieszczone 8 lipca 2019 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Mam ochotę napisać, że lubię czytać Fukuyamę, choć czy ja przeczytałem aż tyle by to uczciwie stwierdzić? Chyba nie…

Fukuyama kojarzy się z „końcem historii”, ale to płodniejszy autor, piszący o różnych aspektach współczesnych przemian i polityki. Dla mnie to przede wszystkim autor „Trust”, książki o znaczeniu zaufania w społeczeństwie, jako czynnika rozwoju gospodarczego.

I dlatego po niego sięgnąłem. I wrażenia mam dwuznaczne. Z jednej strony przypomniałem sobie dlaczego go lubię — pisze bardzo czytelnie, jasno przedstawiając tezy i klarownie relacjonując postawy uczestników sporu. Tu przedmiotem jest wzrost wartości przypisywanej do własnej tożsamości (poza mniejszościami, bo te mniej więcej od 1968 roku to przerabiają), głównie narodowej, jako czynnik wzrostu populistów. Populistów nie lubi i potępia równo, czy to Putin, czy Kaczyński, czy Erdogan, czy Orban; ale raczej stara się zrozumieć i znaleźć pewną miarę, równowagę.

Jako autor raczej dokonuje przeglądu tego, co wiadomo, niż coś nowego odkrywa. Pisze więc o związkach między migracją ze wsi do miast a wzrostem nacjonalizmu w okresie rewolucji przemysłowej; pisze o trudnościach w zdefiniowaniu narodu (bo właściwie nikt nie wie, co to jest naród — stąd też i pewna dowolność w uznawaniu pewnych narodów, choćby Katalończyków); rozróżnia sposoby łączenia narodowości i obywatelstwa z emigracją.

Z drugiej strony, takie proste, czytelne zobrazowanie pozostawia niedosyt. Ono skazane jest na uproszczenia — to oczywiste — ale chciałbym też zobaczyć jakieś propozycje recept. A tego jest niewiele — autor proponuje ucywilizować i ujednolicić postępowanie wobec imigrantów (jest zwolennikiem ius soli, czy automatycznego obywatelstwa dla urodzonych na danej ziemi), oraz coś zrobić z gospodarką. To strasznie ogólne. Poza tym nie dostrzega pewnych zjawisk, np. budowania się pewnej tożsamości europejskiej, albo fal nacjonalizmu i „internacjonalizmu”…  A to wszystko chyba jest o wiele ważniejsze, niż doszukiwanie się wagi znaczenia tożsamości u Platona.

Francis Fukuyama, Identity. The Demand for Dignity and the Politics of Resentment, Farrar, Straus and Giroux, 2018

Odkładając na półkę: No dno, po prostu jest Polska

Zamieszczone 16 stycznia 2019 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Mała książeczka, która mnie zmieniła. Może chwilowo, ale jednak.

Autor podjął temat polskiego negatywnego autostereotypu. Bo lubimy na Polskę i Polaków narzekać. Że lubimy dowodów są tysiące — autor zaczyna od Prusa, ale pokazuje że wcześniej również narzekano.

Że „stereotyp” to wymaga przynajmniej rezerwy — czy na pewno słusznie? Pewne obserwacje negatywne potwierdzają obcokrajowcy, więc coś w tym wszystkim przynajmniej bywa. Wciąż się na tym łapałem, że zwykle potrafiłem przytaknąć przy tych krytykach. Ale… stereotyp — trzeba co najmniej uważać.

Stereotyp łączy „prawicę” i „lewicę”. Pierwsi uważają, że jest źle, więc obcość może uwieść i sprawić, że Polacy wyzbędą się swej polskości. Drudzy, że właśnie na obcość powinni się otworzyć. Jedni więc będą zamykać granice, drudzy je otwierać. Ale w obu przypadkach próbując naprawić polską słabość.

Najsłabszą częścią książki jest zakończenie, czyli próba poszukiwania wyjścia z problemu. Politycy próbowali — wyśmiewany „możeł” jest tego symbolem. Zresztą tu chyba autor jest zbyt krytyczny. Próbują psychologowie. Ale czy to się da? To wygląda na słabiutką partyzantkę dobra w Polsce — partyzantkę uśmiechu i dobrego słowa. Trudno uwierzyć, że sobie poradzi.

Ale skoro pani sprzedająca mi rano chleb mówiła, że chleb się do mnie uśmiecha, to może jednak niektórzy próbują?

Adam Leszczyński, No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków, W.A.B. 2017

To approve a single suggestion, mouse over it and click „✔”
Click the bubble to approve all of its suggestions.

Odkładając na półkę: Pod sztandarem nieba

Zamieszczone 20 grudnia 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Po Pod sztandarem nieba sięgnąłem trochę z przypadku. Owszem, jakoś zaintrygowała mnie twórczość Johna Krakauera, ale bardziej ciekawiła mnie Missoula, czy też jego rzeczy o górach. Ale Pod sztandarem nieba otworzyło się omyłkowo w Kindlu, co uznałem za znak, że przeczytać może warto. Po pierwszej stronie byłem już tego pewien.

Z pozoru rzecz jest o morderstwach dokonanych przez fundamentalistycznych braci, szerzej, o fundamentalistycznym odłamie mormonów. To oczywiście wciąga, ale to tylko pozór.

Bo w istocie rzecz jest o tym, jak wąska i niewyraźna jest linia między religijnym zaangażowaniem a szaleństwem. O linii, którą jakoś praktycznie wyznaczamy, ale której nie znamy i nie rozumiemy na tyle, by odpowiednio wychowywać, kształtować i oceniać (z wyprzedzeniem) siebie i innych.

Krakauer pisał z pozycji agnostyka, który chce zrozumieć ruch religijny. Wybrał mormonów, bo historia Josepha Smitha i jego proroctw jest lepiej udokumentowana od historii założycieli innych religii. Można tu dodać, że choć z polskiej perspektywy mormoni są odlegli (choć misjonarze docierają i do polski, a Księgę Mormona przełożono na język polski, wiem, miałem w rękach), to z perspektywy zachodniego wybrzeża USA (gdzie się Krakauer wychował) są codziennością. Można jeszcze dodać, że książka ukazała się w serii amerykańskiej wydawnictwa Czarne — i bardzo słusznie, bo pokazuje mormonizm jako szczególny przypadek amerykańskiej, fundamentalistycznej religijności. Z naciskiem na środkowe stany USA.

Książka jest intrygująca, bo w postaci mormońskich fundamentalistów pokazuje swoistą karykaturę czegoś co też widzimy. Szczęśliwie u nas „rydzykowcy” nikogo nie mordują, nawet daleko im do tego (bo też i mistyków wśród nich mniej, można by dodać), ale stosunek do państwa (jako dojnej krowy, ale z gruntu obcej — zresztą tym bardziej do Unii), a częściowo do obcych jest analogiczny. Tak samo jak dziwaczna mieszanka religii i narcyzmu, w której (chyba słusznie) autor upatruje problemu co wyrazistszych mormońskich proroków. To oznacza, że owa linia rzeczywiście niepokoi i ma nie tylko amerykańskie znaczenie.

(Tu dodałbym, że intrygowało mnie, co różniło proroków starotestamentowych, których duch i styl pozostawiły wspaniałe nauki moralne, w porównaniu do głównych bohaterów, którym „Bóg nakazuje” mordować, czy molestować nieletnie. A nawet gwałcić. Miałem wrażenie, że to kultura. I coś w tym może być, bo dzisiejszych mormońskich fundamentalistów da się powiązać z fundamentalistami i mordercami sprzed ponad stulecia. Ale czy tylko? W każdym razie, Krakauer, bazując na kulturze współczesnych Stanów Zjednoczonych nie zadał sobie tego pytania, zresztą nie miał podstaw by na nie odpowiadać.)

John Krakauer, Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija, tłum. Jan Dzierzgowski, Czarne, 2016

Odkładając na półkę: Homo Deus

Zamieszczone 18 grudnia 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Wrażenia z Sapiens, zwłaszcza z pewnego oddalenia były takie: „ciekawe prowokacje w popnaukowej książce”. Krytycy, którzy mówią, że byli tacy, co pisali głębiej mają rację, bo to bardzo pop; ale jednak intryguje. Czyli, tłumacząc z polskiego na nasze, raczej do posłuchania nad budyniem niż poczytania.

Początkowo miałęm wrażenie, że Homo deus, to powtórka tez z Sapiens, z paru nowymi prowokacjami, typu twierdzenie, że nauka historii służy rezygnacji z trawnika przed domem*. Potem doszły uwagi o zbliżającej się przemianie technologicznej, której różne przejawy już mamy, a która to zastąpi człowieka technologią, to usprawni go. Co Harari widzi zresztą dwoiście — z jednej strony wskazuje, że tym bardziej podkręci to podziały między ludźmi, z drugiej strony, że nawet ci biedniejsi i „przegrani” na odpryskach z przemian zyskają**.

Myśli jednak, takie do wynotowania, uderzyły mnie dwie.

Pierwsza to opis „przyszłości”, gdy to wykorzystują kliknięcia i lajki z FB da się sprofilować marketing wyborczy. Wygląda na to, że Harari opisał aferę „Cambridge Analytica” zanim ona wybuchła. (Wydanie amerykańskie ukazało się w styczniu 2017 r.)

Druga to pewne podsumowanie problemów politycznych. Według Harariego problem polega na tym, że urzędowa biurokracja nie nadąża za żywiołowo zmieniającą się (przez rynek i badania) rzeczywistością — tu z odniesieniem porażki centralnego planowania wobec wolnego rynku — zostawiając pewną polityczną próżnię: państwa nie radzą sobie z problemami (bo to niemożliwe przy użyciu istniejących technik rządzenia), ale obywatele oczekują od nich działań, za co obrywa się rządzącym, czyli establishmentowi… Czyli Trump, Brexit, Kaczyński…

Wyjaśnienie w coś trafiające (jak dla mnie), bo rzeczywiście chyba jest tak, że „załatwialne politycznie” pozostały sprawy, które obywateli nie interesują, a ich bolączki polityce się wymykają. Z drugiej strony sam Harari pisał o możliwościach big data, choćby przy okazji owych możliwości wpływania na wybory. Czy aby nie jest tak, że właśnie pojawiły się nowe narzędzia? Zresztą, sam Harari zauważa, że „rząd centralny” i „rząd rozproszony” to dwa modele, których sukces i porażka nie jest w dziejach stałą — raczej wynika z dopasowania do aktualnie istniejących technologii.

Yuval Noah Harari, Homo deus. Krótka historia jutra, tłum. Michał Romanek, czyt. Roch Siemianowski, Wydawnictwo Literackie, 2018


PS.
Myśli do ewentualnej dyskusji jest u Harariego więcej, bo spoglądać próbuje on na ludzkość z oddali. Dla niego pięćdziesiąt lat w jedną, czy drugą stronę to nie różnica.
I tak, na przykład, Harari podpisuje się pod „śmiercią Boga” z Nietschego, wskazując, że myśl religijna nie kształtuje dzisiejszego świata. Jest świadom państwa islamskiego, czy innych form „odrodzenia religijności”, ale też twierdzi, że są one skazane w dłuższej perspektywie na porażkę, bo nie wnoszą nic nowego, koncentrując się na przeszłości. Że komunizm, gdyby oceniać w czasach Nietzschego, miałby dużo większe szanse, właśnie ze względu na bycie na bieżąco z przemianami przez Marksa — i nie jest ważne, czy Marks miał rację, ważne że śledził przemiany. Tego zaś fundamentaliści nie robią. Zresztą, można też dostrzec, że atrakcyjność marksizmu skończyła się wraz z technologiami XIX wieku.

—-
*) Z wyjaśnieniem: piękno trawnika jako wyróżnik statusu gospodarza pojawić się miał w feudalnej Anglii; ale powinno upaść wraz z feudalizmem. Cóż, Harrari ma jakieś traumy z Oxfordu bodaj, gdzie nie pozwalano mu deptać trawników.
**) Bo podnosi się średnia długość życia, średni standard itp., więc nawet odpadki to dużo.

To approve a single suggestion, mouse over it and click „✔”
Click the bubble to approve all of its suggestions.

Odkładając na półkę: Przeciwko pamiętaniu

Zamieszczone 11 grudnia 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Książka zmusza do przemyśleń. Nawet jeśli nie jest napisana w sposób idealny — to tylko około 140 stron, a i tak dałoby się streścić do 30…

Rieff podejmuje temat problematyczności pamięci historycznej. Właściwie wszędzie da się wstawić cudzysłów.

Bo czy ona w ogóle istnieje? Tzn. jako „pamięć”? Autor przypomina swoje młode lata, gdy z francuskiego podręcznika uczył się, że jego przodkowie byli płowowłosymi Galami, a w ławce obok siedzi śniade dziecko pochodzące z francuskiej kolonii. Co ono myślało o swych „płowowłosych przodkach”?

Stąd, oczywiście, zmienia się sposób nauczania historii. Włącza się historie mniejszości i imigrantów (oczywiście tam, gdzie odczuwa się taką potrzebę), by kształtować historię na nowo.

U nas posłowie prawicy (PiS już, czy jeszcze nie), wykluczali ze spotkań posłów zajmujących się historią lewicę, uważając, że nie można być lewicowcem i znać historię. David Rieff cytuje Renana, który pisze, że im kto lepiej zna historię, tym trudniej może się zidentyfikować z krajem i narodem…

To przeciwieństwo nie tylko tych posłów, ale i popularnego rozumienia (książeczka „Mały patriota” jest w całości o historii). Ale jest to słuszne. To, czego się uczymy o historii, to nie rzeczywistość — to zbiór państwotwórczych mitów. Może nie zawsze wprost fałszywych, ale tak dobranych by kształtować „dobrych obywateli, kochających swój kraj”, a nie uczyć dociekliwości i poznawania przeszłości.

***

Rozumiem, że nie wzywa się zbyt często do zapomnienia — to wynika z faktu, że zapomnienie jest naturalne. To pamięć jest nienaturalna — jak to rozumieć, że Serbowie wciąż odwołują się do mitu bitwy na Kosowym Polu*, oraz własnych krzywd z XVII wieku…? Jak rozumieć, że Żydzi „powrócili” do Palestyny? Jak rozumieć, że świętujemy „chrzest Polski”? Niczego z tego nie pamiętają żyjący, często nawet ich przodkowie nie mieli z tym nic wspólnego. A jednak uważa się to za „ważne”.

David Rieff rozumie potrzebę łączenia i budowania wspólnoty przez historię, ale też wzywa do oficjalnego, głośnego mówienia o zapomnieniu, jako niezbędnym czynniku pokoju i wspólnoty. Zwłaszcza tam, gdzie narody są podzielone pamięcią o wojnach domowych.

David Rieff, Against Remembrance, Melbourne University Press, 2011

*) Ciekawostka: nie przegrali tej bitwy. Nie popadli w uzależnienie od Turcji po tej bitwie. Bitwa była zremisowana, a Serbia utraciła „niepodległość” kilkadziesiąt lat później. Ale może warto dodać, że w kulturze serbskiej Kosowe Pole zajmuje miejsce nie tylko wydarzenia z historii, ale także osi dzieł kultury, stanowiących absolutny kanon, zastępujących Serbom Kochanowskiego i Mickiewicza razem wziętych.

Odkładając na półkę: Bomba atomowa Hitlera

Zamieszczone 5 grudnia 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Na lubimyczytać książka ma 4,25 jako ocenę czytelniczą, na 10 możliwych. Najwyższa ocena 5. Ale nikt się nie pofatygował napisać dlaczego.

W zasadzie to nie wiem, czy ocena to jest dobra. Myślę, że największym problemem tej książki jest tytuł. Tytuł bowiem nie oddaje treści. To w znacznej mierze kwestia tłumaczenia — tytuł oryginału to Nazi Science. Myth, Truth and the German Atomic Bomba i jest dużo trafniejszy. Choć może jeszcze lepszy byłby: Nazistowska fizyka, albo wojenne przygody Heisenberga

Bo książka toczy się wokół Heisenberga i omawia różne formy kolaboracji z nazizmem niemieckich fizyków. Najcięższe te przeciw Hesienbergowi, ale i sam Heisenberg nie wypada kryształowo czysto…

Książka zaczyna się przed wojną, a kończy po wojnie. Bo w okół nazistowsko-wojennego zaangażowania niemieckich fizyków powstały mity, do których też się przyczynili. Mity były, w największym skrócie, dwa:

  • Że niemieccy fizycy byli nie dość kompetentni, zwłaszcza po nazistowskich czystkach, by zbudować bombę atomową.
  • Że niemieccy fizycy wzdragali się przed podarowaniem Hitlerowi tak morderczej broni i sabotowali prace.

Autor twierdzi, że oba mity są fałszywe. Niemieccy fizycy mieli być dość kompetentni, o czym świadczy fakt, że dość szybko zrekonstruowali wiele wcale nieoczywistych elementów bomby zrzuconej na Hiroshimę, gdy tylko o niej się dowiedzieli. Ale też twierdzi, że nie sabotowali prac, że się starali, ale że zwyczajnie — Niemcy skalkulowali, że nie zdążą zbudować bomby w czasie wojny, więc przeznaczyli na jej konstruowanie środki bardzo małe. Zresztą pośrednio pokazuje to historia Heisenberga, który odbywał swoiste tournee po okupowanej Europie, propagaując „niemiecką kulturę” swoimi odczytami o fizyce. Współautor bomby atomowej na pełny etat nie miał by na to czasu…

O samej budowie „niemieckiej bomby” dowiadujemy się właściwie tyle, że uczeni skoncentrowali się na reaktorze atomowym, jako stopniu pośrednim; i że źle ocenili przydatność grafitu, przez co zainteresowali się ciężką wodą. Ale, w obliczu małych środków, to i tak nie miało znaczenia…

***

Książka bywa ciekawa w różnych „smaczkach” dotyczących owego zaangażowania w nazizm, czy antydemokratycznych poglądów. I tu ma jednak wadę — autor zdecydowanie się powtarza. Myślę, że gdyby wyrzucić powtórzenia, to by zostały dwie trzecie, a gdyby i rzecz bez powtórzeń skompresować, to by wyszła jedna trzecia obecnej objętości…

***

Jeśli jednak chodzi o złą ocenę na „lubimy czytać” to mam wątpliwości. Myślę, że czytelnicy są rozczarowani objętością fragmentów o bombie. Co rozumiem, zwłaszcza że książkę wydało wydawnictwo Amber, zwykle goniące za tanią sensacją. Z drugiej strony, książka wygląda na efekt uczciwego zbadania dokumentów, czyli stoi powyżej wcale popularnych nierzetelnych książek historycznych, by wymienić jako autorów Bieszka, czy Ziemkiewicza, którzy jednak w takich ocenach wypadają dobrze.

Mark Walker, Bomba atomowa Hitlera. Mit i prawda o nazistowskiej fizyce jądrowej, tłum. Maciej Antosiewicz, Amber, 2001