Odkładając na półkę: Umarła wojna, niech żyje wojna

Zamieszczone 3 listopada 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Zupełnym przeciwieństwem książki Todorovej jest „Umarła wojna, niech żyje wojna” Eda Vulliamy. Autor to dziennikarz (wówczas Guardiana), który oddelegowany do relacjonowania rozpadu Jugosławii jeździł w teren i pierwszy dotarł do serbskiego obozu dla Boszniaków w Omarskiej. (Później zresztą zeznawał jako świadek przed trybunałem w Hadze.) Pisze z pasją, stojąc wyraźnie po jednej stronie (sympatyzuje z Boszniakami, co tłumaczy tym, że to Serbowie zaczęli, i że większość ofiar boszniackich to cywile).

To trudna lektura. Ile można czytać o mordach, torturach, obojętności międzynarodowej, gwałtach, urządzaniu się Boszniaków za granicą, trwającej, zapiekłej nienawiści i to w sytuacji, gdzie książka wydaje się nieco bezładna — skacząc po bohaterach, miejscach, czasach i tematach?

Trudno mi mówić o tym, jaki zasięg miała wina. Niektóre opisy Vulliamy’ego sprawiają, że konflikt wygląda na wojnę powiatowych rzezimieszków.  Miejscowych chłopaków, którzy zebrali paru do siebie podobnych i zaczęli, głosząc potrzebę wytępienia i wyrzucenia muzułmanów, napadać na ludzi. Ale nie napadali z nienawiści rasowej, czy religijnej. (Choć muzułmanów bośniackich nazywali Cyganami — tak przynajmniej oddaje to tłumacz.) Nie. To tylko przykrywka. Oni napadali, bo ten miał czerwonego volkswagena, tamtą dało się zgwałcić, a jeszcze inny miał przyjemny dom, który dawało się przejąć…

Tacy ludzie żyją wszędzie. Ale w czasach nienormalnych dostają przyzwolenie od władz*.

Ale czy zawsze przyzwolenie? Jest ta Omarska, w końcu. Z jednej strony wygląda na to, że zebrano tam potencjalnie niebezpiecznych ludzi i ich torturowano. Gdyby na tym się skończyło, to nawet mamy jakąś analogię do „tajnych więzień CIA”, sprzecznych z prawami człowieka, ale mających wielu obrońców.

Z drugiej strony, Omarska stała się dla wielu obozem zagłady. Nie tylko torturowano i gwałcono, ale też seryjnie mordowano. Był taki plan, czy może tylko „powiatowi sadyści” wydostali się spod kontroli? Nawet jeśli wiele sugeruje to drugie, to jednak już ukrywanie zbrodni było zupełnie planowe i odgórne.

***

Książka Eda Vulliamy’ego traktuje jednak nie tylko o wojnie (o niej napisał wcześniejszą, o ile mi wiadomo nie była wydana po polsku). Nawet nie przede wszystkim. Ona głównie traktuje o przeżywaniu bólu i nienawiści…

Jadąc przez Bośnię i Hercegowinę widzieliśmy podziały, bo je widać — we flagach, w nieodbudowanych domach, w wyborczych plakatach. Widać też jednak odradzanie się różnorodności — widoczne głównie w nowiutkich minaretach. Ed Vulliamy, przez swoich niemal wyłącznie boszniackich rozmówców, pokazuje drugą stronę. Pokazuje Serbów, którzy utrudniają powrót, pokazuje strach wracających, pokazuje też ich nienawiść — bo minarety nie służą religii wracających, służą antyserbskiej demonstracji…

Motywem niejako przewodnim głosów jest to, że Serbowie pierwsi powinni przyznać się do win i przeprosić. I że przecież Niemcy tak pięknie się rozliczyli z przeszłością, zachowali Dachau jako muzeum-pomnik, nauczają o Holokauście… A Serbowie nie chcą. Ba! Mają czelność również uważać się za ofiary…

Muszę powiedzieć, że te żądania budzą pewną moją niechęć. To znaczy rozumiem tych ludzi, ale wydaje mi się, że żądania nie są realistyczne. I wcale nie chodzi o to, że to Serbowie, a nie Niemcy**. Że te oczekiwania zbudowane są jednak na pewnej fikcji. I że one szkodzą.

W Polsce często narzeka się, że Niemcy się wybielają, bo każą mówić o „nazistach”. Tymczasem widzę w tych „nazistach” głęboką mądrość. Bo o wiele łatwiej przyznać się do zbrodni, jeśli się nie jest za nią osobiście odpowiedzialnym. Przecież nawet w tych wspomnieniach migają dobrzy Serbowie, migają zastraszeni Serbowie… Skąd my to znamy? No dobrze, ja to kojarzę z pojawiających się czasem relacji, że ktoś ratował w czasie wojny Żydów, ale jeszcze siedemdziesiąt lat po wojnie nie chciał o tym mówić głośno, bo bał się sąsiadów. Czy tym bardziej nie można zrozumieć strachu Serbów i wszystkich, ale to wszystkich obwiniać o zbrodnię? (Bo przecież powraca ten motyw, że Serb-przyjaciel z dzieciństwa, cieszy się spotykając Boszniaka-sąsiada po wojnie i mówi o jej okropnościach, na co od Boszniaka słyszy, że „przecież wyście to nam zrobili”. A ja sobie myślę, że co ten Serb osobiście zrobił…? Nic o tym nie wiemy, zapewne był tylko niemym, zastraszonym świadkiem. A traktuje się go, jako śmiertelnego, osobistego wroga.)

Powiedzenie, że coś zrobili „naziści” ma tę zaletę, że nie tylko pozwala podpiąć współsprawców pochodzący z innych narodów, ale też pozwala postawić mur między zastraszonymi świadkami, a sadystycznymi oprawcami. A obwinianie całego narodu sprawia, że ten naród się łączy w ochronie sprawców. Ci zaś sprawcy… wygodnie sobie z tego żyją. Jak to sami widzieliśmy, sprzedają ludowi nacjonalistyczną narrację, za co dostają prawo do okradania własnego państwa.

Cytowani przez autora Boszniacy często też mówią, że symetryzm jest zły, że to Serbowie muszą pierwsi. A ja sobie przypominam wspólny list biskupów polskich i niemieckich. Oczywiście był on krytykowany, ale dzisiaj, z perspektywy czasu, dość powszechnie uchodzi za dobry, godny i służący pojednaniu. Owszem, Serbom i Boszniakom będzie trudniej — nie łączą ich wspólni biskupi — ale taki znak do porozumienia nie byłby zły; tymczasem ci, którzy proponują jakieś podobne działania (bardzo szeroko rozumiane podobieństwo) są przez większość cytowanych krytykowani…

I ostatnia sprawa — cytowani świadkowie narzekają, że to pojednanie długo potrwa i znowu wracają do przykładu niemieckiego. Ale przecież Niemcy też, mimo międzynarodowych nacisków, uznawali prawdę o zbrodniach wolno i na raty. Przełomowy miał być rok 1968, ale jeszcze w latach 90-tych wystawa mówiąca o zbrodniach zwykłych Niemców (w przeciwieństwie do SS, czy gestapo), budziła szeroki sprzeciw…

***

A właściwie przedostatnia sprawa. Nie jest to główny temat, ale też pojawia się u Vulliamy’ego — jak sobie uchodźcy dają radę na emigracji. Bo choć dużo się mówi o uchodźcach (a raczej mówiło ze trzy lata temu), to właściwie królują dwa spojrzenia: strachu przed obcymi, oraz chęci pomocy potrzebującym. U Vulliamy’ego widać jak ta pomoc wygląda i jak wyglądają trudności.

Bo „uchodźca”, nawet z pomocnym państwem i społeczeństwem, ma wiele problemów. Choćby taka sprawa: na jak długo wyjeżdża? Państwa wspierają uchodźców tak długo, jak długo uznają ich życie za zagrożone. To mogą być lata, po których nie czekają na nich już ich (zburzone) domy, gdzie sąsiedzi bywają sprawcami budzącymi lęk, a oni sami już ułożyli sobie na nowo życie.

Albo państwa dają do wyboru: jesteś albo uchodźcą, któremu pomagamy, albo uczniem, czy pracownikiem. I owszem, jeśli robotnikiem to w porządku, ale też pojawiają się głosy, że to jak „paragraf 22” — możesz się albo zacząć pracę (a większość tego chce), albo otrzymać pomoc od państwa. Tyle, że żeby zdobyć pracę trzeba nauczyć się języka, a żeby się czegokolwiek uczyć, to trzeba zrezygnować z pomocy państwa, bo już się jest uczniem, czy studentem, a nie uchodźcą. Czyli do końca nauki nie ma się z czego człowiek utrzymać. (Bohater, którego to spotkało poradził sobie, bo pomógł kuzyn, któremu się udało…)

Albo inna sytuacja — państwo owszem, pomaga uchodźcom i ich dzieciom, ale tylko jeśli te są niepełnoletnie. I tak, przekroczywszy osiemnastkę, wychowani w Niemczech młodzi Boszniacy musieli szukać nowego kraju do życia…

A potem ktoś mówi, że uchodźcy szukają tylko socjału… Owszem, taki przypadek, gdy ktoś myślał tylko o zemście i rozpamiętywał krzywdę też tam jest opisany (zresztą też w końcu znalazł pracę i miejsce na emigracji), jednak był on pewnym wyjątkiem. Częstsze były trudności z radzeniem sobie w nowych warunkach, gdzie nie wszyscy trafiali na dobrych, życzliwych ludzi. I o tym, jak integrować mówi się mało.

Ed Vulliamy, Umarła wojna, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, tłum. Janusz Ochab, Czarne, 2016


*) Jedna kwestia za mną „chodzi”, która nie dotyczy przyzwolenia władz na zbrodnię, ale jednak jest istotna. Otóż cytowani przez Vulliamego Boszniacy często mówią o dostępności broni. Dla nich to normalna sprawa, że się broń w domu ma. No, jak się nie ma, to się jedzie do większego miasta by kupić sobie karabin maszynowy. Czasem pada przy tym stwierdzenie, że ktoś ma broń bo jest „rezerwistą”. W innych źródłach (ale żebym to ja pamiętał jakich) natknąłem się na wzmianki o organizacji armii jugosłowiańskiej, która dzieliła się na armię właściwą i obronę terytorialną. To właśnie obrona terytorialna miała umożliwić obronę nowej niepodległości Słowenii, czy Chorwacji. Mam wrażenie, że ci miejscowi z bronią, których tak łatwo dało się zmobilizować do wojny domowej i zbrodni, to także „spadek” po jugosłowiańskiej obronie terytorialnej i tradycjach partyzanckich.
**) Swoją drogą, mam taką dość wredną myśl w głowie, że łatwiej wybaczyć bogatym. Bo bogatych i pełnych sukcesu się szanuje, a biednych i przegranych — nie. Że szanowany sprawca jest jednak kimś innym, niż sprawca, którym się tylko pogardza.

Reklamy

Odkładając na półkę: Bałkany wyobrażone

Zamieszczone 21 października 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Bałkany wyobrażone to jedna, wielka dyskusja z pejoratywnym wydźwiękiem określeń Bałkany, bałkanizacja, bałkańskość. Autorka nazywa to zafałszowane spojrzenie na Bałkany „bałkanizmem”.

Można do tego podejść psychologicznie — autorka jest Bułgarką, z Bałkanami się utożsamiającą, siłą rzeczy nie lubi więc być traktowana z góry, jako przedstawicielka Bałkanów, zwłaszcza że za wiele „bałkańskich grzechów” nie czuje się odpowiedzialna.

Nie czuje się odpowiedzialna z trzech powodów.

Po pierwsze, określenie Bałkany jest stosowane dowolnie. Czy była Jugosławia to Bałkany? Cóż, w zależności od tego, w jakim okresie historycznym… Bo z pewnej bałkańskiej wspólnoty historycznej czasem czerpie, a czasem jest osobno. Czy jednak Rumunia, Bułgaria, a nawet Macedonia, czy Albania ponoszą winę za mordy w Srebrenicy? A jeśli nie, to dlaczego nazywa się je „bałkańskimi”, a nie „serbskimi”?

Po drugie, wiele z grzechów Bałkanów zostało popełnionych poza nimi, a przynajmniej ponad głowami „Bałkańczyków”. To mocarstwa wyznaczały granice, narzucały władców, określały warunki współistnienia. Nawet w przypadku wojny w byłej Jugosławii zdaniem autorki tak było — to mocarstwa postawiły na samostanowienie narodów, które nie posiadały do tego, a przynajmniej do szybkiego przejścia do niepodległości, warunków. A czasem w ogóle może budzić wątpliwość ich istnienie, jak w przypadku Bośni i Hercegowiny*.

Po trzecie, „bałkańskość” oznacza fanatyzm, kłótliwość, zbrodniczość… A nie ma dowodów na to, że to cechy bardziej bałkańskie niż „europejskie”, czy ogólnoludzkie. W końcu to nie Bałkańczycy zrobili Holocaust (ba! na terenie Bałkanów głównie organizowali go ci, którzy od bałkańskości się odcinali)…

***

Książka składa się z kilku rozdziałów, które można podzielić na zasadniczo dwie części.

Część pierwsza, to przegląd opinii na temat Bałkanów — analiza ich występowania w kulturze zarówno bałkańskiej, jak i Zachodniej — na przestrzeni wieków i kultur, z ewolucją (specjalny rozdział o Europie Wschodniej i Środkowej, jako różnych fazach i próbach spojrzenia na Europę „komunistyczną”). Zasadniczo są to rozdziały poświęcone temu, że więcej w tym pogardy i to nacechowanej ideologią, niż samodzielnego myślenia i nieuprzedzonego badania faktów, na co autorka podaje bardzo dużo przykładów, czasem zupełnie kuriozalnych z naszego punktu widzenia. Cóż, europejskie elity przybywające do osmańskiej Turcji z automatu niejako utożsamiały się ze swoimi odpowiednikami „klasowymi”, czyli panującymi Turkami, przeciwko chrześcijańskiej ludności, czyli dzisiejszym narodom bałkańskim.

Część druga, krótka, na której pomijanie w recenzjach, omówieniach i odwołaniach skarży się autorka, to próba podsumowania historii Bałkanów, jako pewnej historyczno-polityczno-kulturalnej jedności. Bo autorka uważa, że Bałkany, jako pewien wspólny byt, dają się wyodrębnić, wskazać i opisać. Tak więc Bałkany, to ta część Europy, która najpierw była podbita przez Rzymian, potem zdominowana przez Bizancjum; wreszcie (najważniejsze) została opanowana na pół wieku przez osmańską Turcję, by wyzwolić się w wieku XIX, ukształtować w wieku XX; przy czym w tym ostatnim zostać naznaczonym przez dwie wojny światowe i pół wieku komunizmu (z zastrzeżeniami).

Oczywiście to omówienie ogólnikowe, w odniesieniu do historii osmańskiej (i jej wpływu na historię) prezentuje zresztą autorka dwa skrajne podejścia, wskazując że są one możliwe — nie upiera się przy jednej interpretacji**. Ostateczny wniosek autorki też mówi jednak o pewnych kliszach i wzorcach zachodnich, które przysparzają Bałkanom trudności. Otóż Bałkany zaczęły „wracać” do Europy i uzyskiwać niepodległość, w czasach dominacji modelu państwa narodowego, wyznaczającego nowoczesność i europejskość, do której „Bałkańczycy” aspirowali. Jednak nie były to państwa narodowe w sensie europejskim — nie kształtowały się przez stulecia, stopniowo integrując i „oczyszczając” z obcych***. Bałkańczycy próbowali odbudować tożsamość niejako na skróty, opierając się na języku i religii; a problem nieczystości tak rozumianej wspólnoty załatwiać przez przesiedlenia i asymilację…

Rzeczywiście, krwawe i bezkrwawe (ale także związane z ludzką krzywdą) konflikty bałkańskie takie źródło mają. Tyle, że mniejszości narodowe nie są cechą wyłącznie bałkańską, jak się autorce chyba wydaje (?). Owszem, mogą być problemem większym wobec problemów z tożsamością narodów młodych (autorka pisze o „defensywnym charakterze nacjonalizmu bałkańskiego”, odpowiadającym na problem tożsamości), opierania się przy tym na języku i religii, co stoi nie tylko w sprzeczności z obywatelskim modelem patriotyzmu, ale też utrudnia jakąkolwiek tolerancję.

***

Niemniej jest to lektura bardzo ważna. Raz, wyczulone oko autorki wskazuje na rzeczywiście kompromitujące zaślepienie ideologiczne opisów Bałkanów. Dwa, to jednak zgrabne przedstawienie historii — analogii, różnic i problemów bałkańskich. Czy prawdziwe? Cóż, powiedziałbym, że na pewno to poważne tezy, a te można utrzymywać tak długo, jak długo nie pojawią się lepsze.

Maria Todorova, Bałkany wyobrażone, tłum. Magdalena Budzińska, Jan Dzierzgowski i Piotr Szymor, Czarne, 2014


*) Nie jest to rzecz bezdyskusyjna — nawet jeśli „Bałkańczycy” byli przedmiotem przepychanek mocarstw, to bezpośrednie sprawstwo mordów spada właśnie na takich zwykłych, szarych ludzi. Oni odpowiadają za ich okrucieństwo. Ale też wiem, że o takich rzeczach lepiej dyskutuje się z dystansu, bo narody nie lubią gdy się je obwinia…
Co do samej Bośni i Hercegowiny… Bośniacy to post-jugosławiańscy muzułmanie, którzy nie wytworzyli (zdaniem autorki), przynajmniej przed powstaniem niepodległej Bośni, własnej tożsamości narodowej… Zresztą w postaci Bośni i Hercegowiny i jej problemów, autorka widzi cień Austro-Węgier, które blokowały ich rozwój, potrzebując takiego regionu jako swoistego bufora — to uniemożliwić miało rozsądny podział (między Chorwację i Serbię), lub wytworzenie się narodu bośniackiego.
**) Zasadniczo znamy to z historii Polski, gdzie część była „za” zaborcami (przynajmniej w sensie współpracy, zysków itd.), a część przeciwko — ten podział polityczny miał swoje przedłużenie w ocenach historycznych znaczenia, wpływów itp. Choć przykład Polski nie jest przykładem bałkańskim — zaborcy mieli inne profile i inne różnice z Polakami; także przekrój polskiego społeczeństwa był inny.
***) Autorka potrafi wypomnieć Anglikom średniowieczne akty wyrzucania Żydów z kraju… Z drugiej strony, takie działania miewały miejsce, a jeśli zebrać kilkaset lat budujących tożsamość narodową wojen i innych aktów przemocy, to zdecydowanie przeważą one nad przyspieszonym stapianiem narodów bałkańskich w jedno.

Odkładając na półkę: Kultura klęski

Zamieszczone 16 października 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

W książce czegoś mi brakuje. Autor wziął na warsztat trzy historyczne przypadki: klęskę Południa w wojnie secesyjnej, klęskę Francji w 1870, klęskę Niemiec w 1914, drobiazgowo (najbardziej drobiazgowo dla przykładu Niemiec) je analizując. I to jest dobre, zwłaszcza gdy chodzi o Niemcy.

Ale brakuje mi nie tylko szerszego kontekstu historycznego (choć autor zaczyna od Troi i chętnego powoływania się na pochodzenie od trojańskich wygnańców (1)). Właściwie to co ciekawe (nie licząc wcale licznych ciekawostek historycznych (2)), to krótkie posłowie, gdzie autor wreszcie pokusił się o znalezienie części wspólnych w „psychologii narodowego przeżywania klęski”, czyli:
– wymarzonego państwa, z nadzieją na „wybawienie” (np. oczekiwanie, że zwycięzcy pomogą w korzystnych przekształceniach państwa, nie okazując zemsty…) i pragnieniem naśladowania zwycięzców;
– rozczarowania:
– moralnego oburzenia;
– wycofania się na pozycje skrajnie nacjonalistyczne.

Takie szersze zarysowanie interesowało mnie z dwóch powodów. Pierwszym, przypominającym o czekającym na kindlu Schivelbuschu, były wakacje bałkańskie — kraje bałkańskie, a przynajmniej Serbia, która przeżywa klęskę. Drugim to analogie do sytuacji polskiej, nie tylko „klęski smoleńskiej”. Bo przecież patrząc na zestawienie Wolfganga Schivelbuscha, to zachowujemy się jak przegrany zimnej wojny. Przeszliśmy stan oczekiwania, że Zachód pomoże i zapewni (ekonomiczne (3)) zbawienie, etap naśladowania Zachodu; wreszcie rozczarowanie (ach, ileż to razy słyszałem wyliczanki wszystkiego, co złe, zaczynające się w 1989, czyli chwili polskiego zakończenia zimnej wojny); moralnego oburzenia (np. na zyski firm zachodnich, wyprzedaż majątku, narzucanie nam wartości itp.), po wycofanie się na pozycje nacjonalistyczne…

Pytanie oczywiście, czy Polska jest przegraną zimnej wojny, czy przeciwnie, 1989 rok to było wyzwolenie od obcego, narzuconego systemu i początek pięknej transformacji i czasu sukcesu; czy naśladowanie Zachodu, to efekt psychologii klęski (4), czy może powrotu do cywilizacji, której częścią byliśmy… A właściwie pytania, bo ewidentnie mamy tu rózne rozumienia roku 1989, przy czym z punktu widzenia narodowej psychologii klęski ważniejsze jest, w co ludzie wierzą, niż co rzeczywiście miało miejsce. Kolejne pytanie, to czy „klęska” była odczuwana; a skoro raczej tak, to na ile świadomie (5), oraz na ile naturalnie; a na ile jednak wpajana podprogowo? I dalsze pytania — właściwie żaden z przykładów podanych przez Schivelbuscha nie jest pozytywny, bo Południe, czy Francja, rozwijały się gospodarczo gorzej od zwycięzców (ale jednak rozwijały, posiadały energię do pozytywnych zmian, czyniły pewne dobro (6)), a jeden jest wprost tragiczny — chodzi o zapadnięcie się Niemiec w mordeczy totalitaryzm — skoro książka dochodzi tylko do tego punktu, w którym jesteśmy, to co będzie dalej?

Wolfgang Schivelbusch, The Culture of Defeat, trans. Jefferson Chase, Picador, 2004


1) Pomija jednak podobne aspekty, których pełno jest w Biblii… Poza tym, każdy z tych przegranych odniósł później znaczący sukces. Co z tymi, mniejszymi, którzy nie potrafią znaleźć sukcesu w dostatecznie nowej historii?
2) Czasem bardziej „smakowitych”, jak analiza militarnego pochodzenia fenomenu „girls” („flappers” w krajach anglojęzycznych, „girls” w niemieckim…); po lepiej pozwalające zrozumieć narodziny III Rzeszy, jak odwołanie się do określenia „socjalizm wojenny”, jak nazwano centralne sterowanie gospodarką niemiecką w czasie I wojny światowej; idealizowane później (w okresie miedzywojennym), jako triumf racjonalnego zarządzania i technokracji (a przy tym, jak to wojenny, zjednoczenie narodowe), nad kapryśnym kapitałem i jego posiadaczami. To pozwoliło Hitlerowi nazywać swoją partię „narodowo-socjalistyczną”, przy jednoczesnym sprzeciwie wobec ideologii socjalistycznej (ciągłe podkreślanie anty-marksizmu, co dzisiaj byśmy przetłumaczyli na radykalny antykomunizm).
3) Inną ciekawą uwagą Schivelbuscha jest spostrzeżenie, że w myśleniu o zbawieniu i sukcesie coraz większą rolę odgrywa ekonomia, kosztem myśli narodowej i religijnej.
4) Z drugiej strony, tłumaczyłoby to dlaczego dość dużo zwolenników PZPR przystało do formalnie antykomunistycznego PiS…
5) Rozwijając myśl o znaczeniu ekonomii, autor twierdzi, że odpowiednikiem militarnej klęski dla grup społecznych może być bezrobocie. Co prawda wstawiając taki czynnik do opisu polskich przemian (przejście od gospodarki pełnego zatrudnienia do bezrobocia, w wielu przypadkach ze zwolenieniami zbiorowymi i trudnością odnalezienia się w nowej rzeczywistości), odpowiada może na jedno pytanie, ale zadaje parę kolejnych…
6) Ciekawostka — Woodrow Wilson był pierwszym południowcem, po wojnie secesyjnej, kierującym USA; a jego mocno prodemokratyczne i prowolnościowe poglądy miały być efektem przepracowania klęski Południa w wojnie secesyjnej. Tak więc, przeżywanie klęski przez Południe, przyczyniło się do odzyskania niepodległości przez Polskę…

Odkładając na półkę: Nocne wiedźmy

Zamieszczone 4 października 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Zwykle państwa w czasie II wojny światowej angażowały kobiety, ale prawie nigdy nie wysyłały ich na pierwszą lini frontu. Wyjątkiem był ZSRR.

W tym jednak przypadku chyba nie można traktować tego wyjątku negatywnie. Kobiety na froncie, przynajmniej lotniczki opisane w tej książce, trafiły tam, bo chciały walczyć. Więc raczej to kwestia (względnego) wyzwolenia i równouprawnienia, niż przymusu, totalitaryzmu itp., co by się tak łatwo ustawiało w towarzystwie ZSRR.

Warto dodać rzecz kolejną — zaangażowały się głównie aktywne lotniczki. Znowu wygląda to na kwestię równouprawnienia* (nie taką prostą, nie taką jednoznaczną — z samej książki można wskazać wiele kontrprzykładów, ale jednak).

Wbrew tytułowi, nie chodziło tylko o nocne bombowce. Panie latały na PO-2 (U-2) w wersji bombowej, ale też na Pe-2 i Jakach-1.

To czego książce Luby Winogradowej brakuje, to pewien „porządek” z opowiedzeniem historii do końca. Autorka zainteresowała się historią współpracując z Anthonym Beevorem — tłumaczyła wtedy relacje uczestników II wojny światowej, szukała materiałów. I to widać — książka jest mocna (bardzo mocna i godna polecenia!) właśnie w reporterskich szczególikach, smaczkach, z podkreśleniem kobiecej perspektywy. Ale wciąż nie mogę się nadziwić, jak można było urwać narrację w chwili śmierci największej kobiecej „gwiazdy” wśród lotniczek? Przecież pozostał dobry rok wojny! Co potem? Co z tymi, które znikały z horyzontu, jak mniej znane lotniczki myśliwskie?

Druga wada to tłumaczenie. Tłumaczka nie zna się na języku techniki wojskowej, czy taktyki. Raz po raz mówi o „prawej czy lewej falandze” ataku, myląc flankę z szykiem macedońskiej ciężkozbrojnej piechoty. W opisach technicznych jest podobnie. No i te „ciężkie bombowce”… (Tu podejrzewam samą autorkę o błąd…) Chodzi o Pe-2. Owszem, z maszyn (Jak-1, PO-2, Pe-2) najcięższe, ale jednak to wciąż lekkie bombowce nurkujące. Te „ciężkie bombowce” wyraźnie zwiodły też autora okładki — na niej widzimy czterosilnikowce (Lancastery?).

Luba Winogradowa, Nocne wiedźmy na wojnie z lotnikami Hitlera, tłum. Agnieszka Sowińska, Czarne, 2016


*) Nie wiem, jak powinno być, zwłaszcza że u bohaterek widać wdrukowane zaangażowanie polityczno-ideologiczne**. Może należałoby powiedzieć, że lepiej gdyby zostały na tyłach, gdyby wojny oszczędzono komu tylko się da. Wielu mężczyzn spotykających zresztą owe lotniczki uderzało w podobne struny: „To my, mężczyźni, powinniśmy was, kobiety chronić”. To piękne i rycerskie… Z drugiej strony ten wojenny gender, gdzie mężczyzna musi, a kobiecie nie wolno się angażować jest rażąco niesprawiedliwy i w wielu współczesnych armiach jest przeszłością.

W ogóle pomijam tu rzecz, która się narzuca — żal ofiar. Bo mamy tu wiele opisów śmierci lotniczek, śmierci zawsze bolesnej i tragicznej. Żal ich młodego życia. Ale cóż, wojna — gdybyśmy czytali o śmierci młodych mężczyzn, też zapewne byśmy ich żałowali…

**) Co prowadzi do pytania, na ile były one ofiarami owego ideologiczno-polityczno-patriotycznego wychowania. Cóż, jednak nie potrafię go potępiać o tyle, że to ich kraj napadnięto i to one były świadkami totalnej mobilizacji w obliczu tej napaści.

Odkładając na półkę: Bałkany — terror kultury

Zamieszczone 4 października 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Po „pojugosławiańskich” wakacjach staram się doczytać to i owo. Nie wracam jeszcze do Bałkańskich upiorów, choć warto. Szukam perspektywy drugiej strony.

I tu taka jest — pisze autor „post-jugosławiański” (obstawiam, że Serb, bo o Serbii pisze najwięcej), który trochę polemizuje, a trochę potwierdza krytyczny stosunek do Bałkan.

Książka w sumie… rozczarowuje. Zbiór esejów, OK. Ale trochę za dużo tego własnego sosu. Autor twierdzi, że Bałkanom zarzuca się brak, czy też niedorozwój kultury, tymczasem właśnie kultura jest tam bardzo mocno podkreślana, więcej — stanowi czynnik morderczego nacjonalizmu. To w języku, poezji, historii znajduje oparcie siła, która doprowadziła do wymordowania tysięcy ludzi. Może to prowadzić do paradoksalnej tezy, żeby kulturę sobie trochę odpuścić, dać dojść do głosu jakiemuś ekonomicznemu, czy innemu pragmatyzmowi.

Problem polega na tym, że to wszystko znamy z Polski. Więcej — wydaje się, że jednak kulturalny nacjonalizm Serbów, czy Chorwatów nie zaszedł tak daleko jak polski, choć był bardziej morderczy. (Cóż, w Polsce czystkę etniczną najpierw zrobił Hitler mordując Żydów, potem wraz ze Stalinem de facto wypędzili Niemców; a potem akcja Wisła „zrobiła porządek” z Ukraińcami/Łemkami. Polska jest więc etnicznie czysta, co sprawia, że nacjonalizm jest mniej niebezpieczny — nie ma kogo mordować. Trudno jednak akurat z tego się jakoś szczególnie cieszyć, że inni wymordowali, więc my już nie mamy kogo… Dodałbym jeszcze, że to eseje z lat 90-tych i początku XXI wieku, wówczas w Polsce nie mieliśmy jeszcze np. wylewu „turbolechictwa” i innych wariactw nacjonalistycznych.) Zresztą sytuacja Polski jest pod wielu względami podobna — przecież zarzuty o „brak kultury” w polskim przypadku też odnoszą się do tego, że leżymy na peryferiach europejskiej kultury, więc (jak to peryferia) mamy w niej mniejszy udział — zarówno jako własny wkład w europejską kulturę, jak i jako pewien dług, który zaciągamy sięgając po europejskie idee. W Polsce to bardzo wyraźnie widać w braku przepracowania Oświecenia — obstawiałbym to samo w przypadku Serbii i Bośni, może też Chorwacji. Ale tej perspektywy autor nie daje. Nie porównuje kultury bałkańskiej do kultury zachodniej, nie robi jakiegoś „tu się różnimy, a tu mamy tak samo”, „to ogólnoludzkie, a to bałkańskie”. Tego mi brakuje, ale i przyznaję, że to trudny temat.

Ivan Čolović, Bałkany. Terror kultury, tłum. Magdalena Petryńska, Czarne, 2007

Odkładając na półkę: Beria

Zamieszczone 10 września 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

„Śmierć Stalina” zainspirowała mnie do tego, by czegoś się jeszcze dowiedzieć o tych wydarzeniach, a konkretnie o rywalizacji Berii z Chruszczowem. Sięgnąłem więc po „Berię” Françoise Thom…

I w sumie trochę się dowiedziałem, choć najważniejsze pozostało przede mną skryte. Skryte, po pierwsze, przez tajność spisków (swoją drogą, najlepszą rzeczą w książce pani Thom wydaje mi się cytat-motto do rozdziału o upadku Berii, gdzie te wydarzenia porównuje się do podsłuchiwania spektaklu teatralnego — słychać krzyki, strzały, więc chyba jakaś tragedia się rozgrywa, ale nas na salę nie wpuszczono…); po drugie jednak przez metodę pani Thom.

Nie jestem biegły w literaturze sowietologicznej. Pan Adam Nowak, sowietolog, robił na mnie jak najgorsze wrażenie (wypowiadając się o średniowieczu, ale jednak). Sheilę Fitzpatrick (piszącą zresztą o tym samym okresie) czytałem z zaciekawieniem i przyjemnością, ale nie miałem czym jej zweryfikować. A pani Thom… Cóż, jej metoda badawcza wygląda na dość prostą — prawdziwe jest co pasuje do mojej tezy; a co nie pasuje, to manipulacja, dezinformacja, robota tajnych służb lub kłamstwa sobowtóra.

Nie tkwię w temacie tak, by powiedzieć, czy pani Thom ma rację co do polityki Berii, ale z lektury nie jest dla mnie przekonująca. Nie znam się na próbach tajnej dyplomacji Berii, ale gdy czytam u pani Thom, że zarzuty o gwałty były wyssane z palca, bo owszem, dla Berii porywano kobiety z ulicy, a potem zamykano je z nim, gdzie razem jedli dobrą kolacją i spędzali noc, ale przecież to żaden gwałt, przecież każda chętnie z Berią spała, a tak w ogóle to chodziło o werbowanie agentek. No chyba, że jakaś po rozebraniu do naga okazywała się zbyt mało inteligentna na agentkę… Jeśli sam Beria twierdził coś innego, to znaczy, że to nie on, tylko podstawiony sobowtór… Tyle o obiektywności pani Thom. No, może jeszcze słówko o tym, że nie ma rozdziałów o zarządzaniu GUŁAGiem, przemysłem zbrojeniowym i projektem atomowym… Są tylko wzmianki, że się tym zajmował, wszystko tak by możliwie mało pokazać, jak miał ubrudzone zbrodniami ręce.

Ale, załóżmy na chwilę, że Beria był taki, jak go maluje w sprawach politycznych. To w końcu możliwe. Czyli, że był antykomunistą i gruzińskim nacjonalistą, starającym się osłaniać Gruzję i gruzińskie elity przed cierpieniami, które przynosił komunizm; starającym się pomóc wszystkim tym, którzy ZSRR chcieli zniszczyć, choćby sabotując opór Armii Czerwonej przed Hitlerem, dogadującym się z Andersem, czy pragnącym zjednoczenia Niemiec. Otóż ta cała polityka wygląda na utopijną, by nie powiedzieć pijaną. Więcej w niej wrogości i złośliwości, mniej trzeźwego osądu. A przede wszystkim brakuje spójności. Bo  jak: pomagamy Hitlerowi, Andersowi, czy Stalinowi (przemysł!)? Nie da się wszystkim na raz. To znaczy: da się, ale pod warunkiem, że celem polityki jest coś innego — ustawienie się tak, by u każdego coś ugrać.

Autorka wskazuje psychologiczną słabość Berii. Że nie był dwulicowy (ja bym powiedział, że tam mamy masę przykładów dwulicowości…), że nie doceniał, że inni się „skomunizowali”, albo że odczuwali dumę ze zwycięstwa ZSRR. Krytykuje więc, że nie potrafił się dogadać, uśmiechnąć do kogo trzeba, że chciał forsować zmiany zbyt szybko, nie  licząc się z oporem materii. Ale to wszystko mało powiedziane — Beria w swoich zachowaniach wydaje mi się odpychający — wspomnienia odmalowują go jako zadufanego w sobie egocentryka, niezdolnego do zbudowania koleżeńsko-przyjacielskich relacji z kimkolwiek, traktującego wszystkich dookoła instrumentalnie. To się przebija przez słowa autorki, gdy np. pisze, że Beria miał jeden argument przeciwko GUŁAGowi — nieefektywność pracy. A gdzie warunki bytowe? Warunki bytowe były ważne o tyle, o ile ich poprawa była korzystna politycznie.

Poza kwestią psychologiczną jest jeszcze kolejna. Autorka zdaje się należeć do tego zastępu, który uważa, że komunizm to jakieś straszliwe skrzywienie, że wystarczy zdjąć jego ideologiczne okulary a wszystko staje się proste. Tak też maluje politykę Berii — odejść od rozwiązań ideologicznych, włączyć miejscowych nacjonalistów do rządu — a nawet szerzej — postawić na nacjonalistów — i oto problemy rozwiążą się same… I dalej będzie można rządzić wszystkimi z pozycji ministra spraw wewnętrznych…

Znajdziemy w Polsce ludzi, którzy podobnie widzą sprawę, ale sam bym dał masę zastrzeżeń — czy stawianie na „miejscowe elity” (w sensie narodowym nawet, a nie pochodzenia z regionu) nie zaostrzyłoby relacji między narodami jednego państwa? (Taki zarzut stawiano Berii.) Czy owi nacjonaliści cieszyli się odpowiednim poparciem społecznym? Czy w ogóle istnieli? (Beria zrugał podwładnego za meldunek, że OUN już dogorywa — autorka podkreśla pragnienie Berii ułożenia sobie stosunków z OUN, wciągnięcia nacjonalistów do rządu, zapominając że meldunek był właśnie prawdziwy — w 1953 OUN już dogorywał, a Beria nie chciał uznać rzeczywistości i wyrzucił z pracy tego, kto przyniósł prawdziwy meldunek.) Jaki miałby być ustrój państw? (Syn Berii opowiadał o jakiejś wizji federacji, z rotacyjnym „prezydentem”, ale na ile to realne; i czy w ogóle zgodne z promowaniem nacjonalistów i separatystów w poszczególnych republikach?)

Wracając do biografii Berii te słabości można nawet zrozumieć — wciągnięty w politykę i to od razu na styku wywiadu/kontrwywiadu w wieku 18 lat, jako młody student politechniki, nie zaznał życia poza aparatczykowstem w ZSRR. Mógł być antykomunistą, ale to nie zmieniało faktu, że resztę świata postrzegał według wzorów komunistycznych, jako „burżuazyjną”, bez wchodzenia w mechanizmy, które zapewniały państwom istnienie i dobrobyt. Bez wolnej dyskusji nad politycznymi rozwiązaniami. (Znowu, to przecież zrozumiałe — miał podwładnych, których rugał i przełożonego, któremu się podlizywał… Z kim miał dyskutować na równych prawach? No chyba, że dla pogłębionych dykusji o ustroju państwa porywał te kobiet z ulic Moskwy…) Beria miał tylko znak postawić odwrotny — burżuazyjny, narodowy itp. stanowiły dla niego pozytywy.

To więc mogę zrozumieć, ale że tego nie widzi i nie drąży autorka?

Historia alternatywna, gdyby Beria nie upadł i gdyby uwierzyć w jego zamierzenia, jak je maluje autorka? Cóż, zjednoczyłyby się Niemcy, ale czy nie doszłoby do szeregu wojen (domowych i nie tylko) na wschód od nich? I to z bronią nuklearną? Polityka Berii wydaje się tak niekompetentna i nierealistyczna, że kto wie, czy zamrożenie destalinizacji i zamknięcie granic nie okazało się jednak mniejszym złem…

Françoise Thom, Beria. Oprawca bez skazy, tłum. Krystyna Antkowiak, Prószyński i S-ka, 2016

Dziwny film…

Zamieszczone 31 lipca 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

„Upadek” o ostatnich dniach Hitlera był serio. Co prawda o Hitlerze powstała komedia, a nawet licząc „Dyktatora” Chaplina kilka komedii, to jakoś nie wydaje się to szczególnie komediowy temat. A tym bardziej śmierć dyktatora i brutalna walka o władzę. Tymczasem „Śmierć Stalina” Armando Iannucciego taką komedią jest.

Dziwne, dziwne wrażenie. Bo nawet patrząc szerzej, to tworzy się czarne komedie, tworzy się komedie wojenne… Ale tu jednak zło, które jest tuż obok, jest bardzo serio… I drwina ze śmierci…

Zresztą związki z „Upadkiem” wydają się nieprzypadkowe — czytając to i owo o okresie bezkrólewia po śmierci Stalina, czy różne inne rzeczy o tych czasach, widziałem, jak wiele faktów znalazło się w filmie Iannucciego. To nie jest odjechana, abrusdalna komedia, jakieś umieszczanie nazistów na Księżycu na przykład — to jest komedia, która stara się być faktów bliska…

Z drugiej strony nie aż bardzo bliska. Aktorzy nie zostali dobrani „po warunkach”. To że Michael Palin gra Mołotowa może brzmi absurdalnie, ale z całej obsady on akurat najbardziej przypomina oryginał i wydaje się być postacią wyjątkowo serio. Choć i on jest straszliwie karykaturalny… Bo przecież główni bohaterowie, to dwaj kieszonkowi Machiavellowie — Beria, grany przez Simona Russella Beala i Chruszczow grany przez Steve’a Buscemiego, aktora bardzo charakterystycznego… (Pierwszy raz oglądałem bardzo nieuważnie i długo się głowiłem, dlaczego są źle podpisani… Nie są, mimo, że „po warunkach” wyglądają już raczej na siebie wzajemnie…)

Iannucciego fascynuje kuchnia polityczna. I z tego zrobił komedię. Co oznacza, że jest film jest bardzo serio… Ale nie przestaje być komedią. Puszący się Żukow, próbujący przy trumnie Stalina zmienić Malenkowa Chruszczow; albo tenże Chruszczow tak się spieszący do umierającego Stalina, że pod marynarką ma pidżamę… nie wspominając o „korku” służbowych limuzyn, oddających walkę o władzę… — to wszystko jest komediowe.

Ale znowu, smutna to komedia, bo mówi o małości „możnych tego świata”, oraz o  świństwach, które ludzie robią by zdobyć władzę. Nawet pozytywni bohaterowie, jak pianistka Maria Yudina (zaspojleruję: wg Iannucciego odpowiedzialna za udar Stalina), potrafią uciszyć swoje sumienie odpowiednio dużą kwotą… O panach, walczących brutalnie i brzydko o władzę, szafujących ludzkim życiem nawet można tu nie wspominać…

Film jest dziwny. Być może powinien być uznany za niesmaczny — te sceny z Łubianki, gdzie przejściu Berii towarzyszy muzyka (skądinąd bardzo mnie bawiło łączenie atmosfery filmu z muzyką symfoniczną…), oraz dźwięk przeprowadzanych egzekucji przez strzał w potylicę… Ale zasadniczo to film, który sprawił satysfakcję i zmusił do myślenia, nawet jeśli tylko o tym, jak wielką przewagą dla Chruszczowa był fakt… przewagi Berii.


Śmierć Stalina (The Death of Stalin), reż. Armando Iannucci.