Odkładając na półkę: Beria

Zamieszczone 10 września 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

„Śmierć Stalina” zainspirowała mnie do tego, by czegoś się jeszcze dowiedzieć o tych wydarzeniach, a konkretnie o rywalizacji Berii z Chruszczowem. Sięgnąłem więc po „Berię” Françoise Thom…

I w sumie trochę się dowiedziałem, choć najważniejsze pozostało przede mną skryte. Skryte, po pierwsze, przez tajność spisków (swoją drogą, najlepszą rzeczą w książce pani Thom wydaje mi się cytat-motto do rozdziału o upadku Berii, gdzie te wydarzenia porównuje się do podsłuchiwania spektaklu teatralnego — słychać krzyki, strzały, więc chyba jakaś tragedia się rozgrywa, ale nas na salę nie wpuszczono…); po drugie jednak przez metodę pani Thom.

Nie jestem biegły w literaturze sowietologicznej. Pan Adam Nowak, sowietolog, robił na mnie jak najgorsze wrażenie (wypowiadając się o średniowieczu, ale jednak). Sheilę Fitzpatrick (piszącą zresztą o tym samym okresie) czytałem z zaciekawieniem i przyjemnością, ale nie miałem czym jej zweryfikować. A pani Thom… Cóż, jej metoda badawcza wygląda na dość prostą — prawdziwe jest co pasuje do mojej tezy; a co nie pasuje, to manipulacja, dezinformacja, robota tajnych służb lub kłamstwa sobowtóra.

Nie tkwię w temacie tak, by powiedzieć, czy pani Thom ma rację co do polityki Berii, ale z lektury nie jest dla mnie przekonująca. Nie znam się na próbach tajnej dyplomacji Berii, ale gdy czytam u pani Thom, że zarzuty o gwałty były wyssane z palca, bo owszem, dla Berii porywano kobiety z ulicy, a potem zamykano je z nim, gdzie razem jedli dobrą kolacją i spędzali noc, ale przecież to żaden gwałt, przecież każda chętnie z Berią spała, a tak w ogóle to chodziło o werbowanie agentek. No chyba, że jakaś po rozebraniu do naga okazywała się zbyt mało inteligentna na agentkę… Jeśli sam Beria twierdził coś innego, to znaczy, że to nie on, tylko podstawiony sobowtór… Tyle o obiektywności pani Thom. No, może jeszcze słówko o tym, że nie ma rozdziałów o zarządzaniu GUŁAGiem, przemysłem zbrojeniowym i projektem atomowym… Są tylko wzmianki, że się tym zajmował, wszystko tak by możliwie mało pokazać, jak miał ubrudzone zbrodniami ręce.

Ale, załóżmy na chwilę, że Beria był taki, jak go maluje w sprawach politycznych. To w końcu możliwe. Czyli, że był antykomunistą i gruzińskim nacjonalistą, starającym się osłaniać Gruzję i gruzińskie elity przed cierpieniami, które przynosił komunizm; starającym się pomóc wszystkim tym, którzy ZSRR chcieli zniszczyć, choćby sabotując opór Armii Czerwonej przed Hitlerem, dogadującym się z Andersem, czy pragnącym zjednoczenia Niemiec. Otóż ta cała polityka wygląda na utopijną, by nie powiedzieć pijaną. Więcej w niej wrogości i złośliwości, mniej trzeźwego osądu. A przede wszystkim brakuje spójności. Bo  jak: pomagamy Hitlerowi, Andersowi, czy Stalinowi (przemysł!)? Nie da się wszystkim na raz. To znaczy: da się, ale pod warunkiem, że celem polityki jest coś innego — ustawienie się tak, by u każdego coś ugrać.

Autorka wskazuje psychologiczną słabość Berii. Że nie był dwulicowy (ja bym powiedział, że tam mamy masę przykładów dwulicowości…), że nie doceniał, że inni się „skomunizowali”, albo że odczuwali dumę ze zwycięstwa ZSRR. Krytykuje więc, że nie potrafił się dogadać, uśmiechnąć do kogo trzeba, że chciał forsować zmiany zbyt szybko, nie  licząc się z oporem materii. Ale to wszystko mało powiedziane — Beria w swoich zachowaniach wydaje mi się odpychający — wspomnienia odmalowują go jako zadufanego w sobie egocentryka, niezdolnego do zbudowania koleżeńsko-przyjacielskich relacji z kimkolwiek, traktującego wszystkich dookoła instrumentalnie. To się przebija przez słowa autorki, gdy np. pisze, że Beria miał jeden argument przeciwko GUŁAGowi — nieefektywność pracy. A gdzie warunki bytowe? Warunki bytowe były ważne o tyle, o ile ich poprawa była korzystna politycznie.

Poza kwestią psychologiczną jest jeszcze kolejna. Autorka zdaje się należeć do tego zastępu, który uważa, że komunizm to jakieś straszliwe skrzywienie, że wystarczy zdjąć jego ideologiczne okulary a wszystko staje się proste. Tak też maluje politykę Berii — odejść od rozwiązań ideologicznych, włączyć miejscowych nacjonalistów do rządu — a nawet szerzej — postawić na nacjonalistów — i oto problemy rozwiążą się same… I dalej będzie można rządzić wszystkimi z pozycji ministra spraw wewnętrznych…

Znajdziemy w Polsce ludzi, którzy podobnie widzą sprawę, ale sam bym dał masę zastrzeżeń — czy stawianie na „miejscowe elity” (w sensie narodowym nawet, a nie pochodzenia z regionu) nie zaostrzyłoby relacji między narodami jednego państwa? (Taki zarzut stawiano Berii.) Czy owi nacjonaliści cieszyli się odpowiednim poparciem społecznym? Czy w ogóle istnieli? (Beria zrugał podwładnego za meldunek, że OUN już dogorywa — autorka podkreśla pragnienie Berii ułożenia sobie stosunków z OUN, wciągnięcia nacjonalistów do rządu, zapominając że meldunek był właśnie prawdziwy — w 1953 OUN już dogorywał, a Beria nie chciał uznać rzeczywistości i wyrzucił z pracy tego, kto przyniósł prawdziwy meldunek.) Jaki miałby być ustrój państw? (Syn Berii opowiadał o jakiejś wizji federacji, z rotacyjnym „prezydentem”, ale na ile to realne; i czy w ogóle zgodne z promowaniem nacjonalistów i separatystów w poszczególnych republikach?)

Wracając do biografii Berii te słabości można nawet zrozumieć — wciągnięty w politykę i to od razu na styku wywiadu/kontrwywiadu w wieku 18 lat, jako młody student politechniki, nie zaznał życia poza aparatczykowstem w ZSRR. Mógł być antykomunistą, ale to nie zmieniało faktu, że resztę świata postrzegał według wzorów komunistycznych, jako „burżuazyjną”, bez wchodzenia w mechanizmy, które zapewniały państwom istnienie i dobrobyt. Bez wolnej dyskusji nad politycznymi rozwiązaniami. (Znowu, to przecież zrozumiałe — miał podwładnych, których rugał i przełożonego, któremu się podlizywał… Z kim miał dyskutować na równych prawach? No chyba, że dla pogłębionych dykusji o ustroju państwa porywał te kobiet z ulic Moskwy…) Beria miał tylko znak postawić odwrotny — burżuazyjny, narodowy itp. stanowiły dla niego pozytywy.

To więc mogę zrozumieć, ale że tego nie widzi i nie drąży autorka?

Historia alternatywna, gdyby Beria nie upadł i gdyby uwierzyć w jego zamierzenia, jak je maluje autorka? Cóż, zjednoczyłyby się Niemcy, ale czy nie doszłoby do szeregu wojen (domowych i nie tylko) na wschód od nich? I to z bronią nuklearną? Polityka Berii wydaje się tak niekompetentna i nierealistyczna, że kto wie, czy zamrożenie destalinizacji i zamknięcie granic nie okazało się jednak mniejszym złem…

Françoise Thom, Beria. Oprawca bez skazy, tłum. Krystyna Antkowiak, Prószyński i S-ka, 2016

Reklamy

Dziwny film…

Zamieszczone 31 lipca 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

„Upadek” o ostatnich dniach Hitlera był serio. Co prawda o Hitlerze powstała komedia, a nawet licząc „Dyktatora” Chaplina kilka komedii, to jakoś nie wydaje się to szczególnie komediowy temat. A tym bardziej śmierć dyktatora i brutalna walka o władzę. Tymczasem „Śmierć Stalina” Armando Iannucciego taką komedią jest.

Dziwne, dziwne wrażenie. Bo nawet patrząc szerzej, to tworzy się czarne komedie, tworzy się komedie wojenne… Ale tu jednak zło, które jest tuż obok, jest bardzo serio… I drwina ze śmierci…

Zresztą związki z „Upadkiem” wydają się nieprzypadkowe — czytając to i owo o okresie bezkrólewia po śmierci Stalina, czy różne inne rzeczy o tych czasach, widziałem, jak wiele faktów znalazło się w filmie Iannucciego. To nie jest odjechana, abrusdalna komedia, jakieś umieszczanie nazistów na Księżycu na przykład — to jest komedia, która stara się być faktów bliska…

Z drugiej strony nie aż bardzo bliska. Aktorzy nie zostali dobrani „po warunkach”. To że Michael Palin gra Mołotowa może brzmi absurdalnie, ale z całej obsady on akurat najbardziej przypomina oryginał i wydaje się być postacią wyjątkowo serio. Choć i on jest straszliwie karykaturalny… Bo przecież główni bohaterowie, to dwaj kieszonkowi Machiavellowie — Beria, grany przez Simona Russella Beala i Chruszczow grany przez Steve’a Buscemiego, aktora bardzo charakterystycznego… (Pierwszy raz oglądałem bardzo nieuważnie i długo się głowiłem, dlaczego są źle podpisani… Nie są, mimo, że „po warunkach” wyglądają już raczej na siebie wzajemnie…)

Iannucciego fascynuje kuchnia polityczna. I z tego zrobił komedię. Co oznacza, że jest film jest bardzo serio… Ale nie przestaje być komedią. Puszący się Żukow, próbujący przy trumnie Stalina zmienić Malenkowa Chruszczow; albo tenże Chruszczow tak się spieszący do umierającego Stalina, że pod marynarką ma pidżamę… nie wspominając o „korku” służbowych limuzyn, oddających walkę o władzę… — to wszystko jest komediowe.

Ale znowu, smutna to komedia, bo mówi o małości „możnych tego świata”, oraz o  świństwach, które ludzie robią by zdobyć władzę. Nawet pozytywni bohaterowie, jak pianistka Maria Yudina (zaspojleruję: wg Iannucciego odpowiedzialna za udar Stalina), potrafią uciszyć swoje sumienie odpowiednio dużą kwotą… O panach, walczących brutalnie i brzydko o władzę, szafujących ludzkim życiem nawet można tu nie wspominać…

Film jest dziwny. Być może powinien być uznany za niesmaczny — te sceny z Łubianki, gdzie przejściu Berii towarzyszy muzyka (skądinąd bardzo mnie bawiło łączenie atmosfery filmu z muzyką symfoniczną…), oraz dźwięk przeprowadzanych egzekucji przez strzał w potylicę… Ale zasadniczo to film, który sprawił satysfakcję i zmusił do myślenia, nawet jeśli tylko o tym, jak wielką przewagą dla Chruszczowa był fakt… przewagi Berii.


Śmierć Stalina (The Death of Stalin), reż. Armando Iannucci.

Wracając z kina: Zimna wojna

Zamieszczone 14 czerwca 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

„Ida”  wywołała kontrowersje, jako że miała podejmować tematykę stosunków polsko-żydowskich. Jako że.

Metoda Pawlikowskiego przypomina mi metodę Kurosawy, a wcześniej Sienkiewicza — bierzemy jakąś opowieść i ubieramy ją w historię, jako w rodzaj kostiumu. I Kurosawa i Sienkiewicz przerabiali westerny; Pawlikowski raczej snuje opowieści typowe dla miejskiej klasy średniej XXI wieku.

„Ida” nie była o stosunkach polsko-żydowskich. Była o tęsknocie zabieganego mieszczucha, poświęcającego życie na ziemskie sprawy — pracę, dom, rodzinę — za kontemplacją i duchem. Główna bohaterka była Żydówką-nie-Żydówką nie po to, by pokazywać wyższość rasową Żydów (jak twierdzili nacjonalistyczni krytycy), ale by stanowić białą, niezapisaną kartę, kogoś kto bez uprzedzeń może zbadać i życie czynne, i kontemplacyjne, a w końcu wybrać to co lepsze. Reszta jest tylko w tym filmie kostiumem.

I podobnie jest z „Zimną wojną”, choć przesłanie jest w gruncie rzeczy błahsze. Mamy zdolną artystkę, jedną z tych, gdzie za wielkim talentem i charakterem nie idzie jakaś zdolność osobowości do twartego, realistycznego stąpania po świecie. Kogoś, kogo stać na wielkie poświęcenia, a potem na bardzo lekkie burzenie tego, co już osiągnięto.

Opowieść to popkulturowa — nawet w reklamach-zapowiedziach byliśmy kuszeni filmem o Whitney Houston, która też się wydaje taką artystką. (A z krajowego podwórka, oczywiście narzuca się Violetta Villas.) Tak się zdarza, a przynajmniej tak nas informują tabloidy; ale w filmie nie chodzi o analizę zjawiska, o odpowiedź na pytanie, co ważniejsze, czy jak żyć, zbadanie istoty geniusza. Chodzi tylko o samą opowieść, gdzie wybory i poświęcenia zostają podkreślone przez kostium realiów początków zimnej wojny.

Samuraje Kurosawy, czy sarmaci Sienkiewicza są w sposób oczywisty atrakcyjni dla nas, jako pewne tło dla „westernowej” akcji. Pawlikowski odkrył rzecz mniej oczywistą — umieszczenie współczesnej historyjki w kontekście rozliczeń z przeszłością (choćby samego potępienia komunizmu) uwzniaśla ją dla odbiorców, takich jak współczesna klasa średnia. Pytanie jednak, czy za tą mniejszą oczywistością nie idzie inna rzecz — Kurosawa mógł kręcić filmy o samurajach dziesięcioleciami, wciąż znajdując atrakcyjność w ich kostiumach. A kiedy skończy się atrakcyjność Palikowskiego?

Pytam, bo „Zimna wojna” to dobry film. Nie pozbawiony humoru, czy uroku. Ale czy można iść dalej w tym kierunku? Zwłaszcza, że melodramatyczna opowieść nie ma tego nawiązania do „świata ducha”, jakie miała „Ida”, które pozwalało skryć jej powierzchowność. Zwłaszcza, że przycięcie świata wyobrażeń ludzi z innej epoki pod pojęcia współczesnej klasy średniej jest uderzającym uproszczeniem — czy tam się coś jeszcze da wycisnąć?

O filmie: „Czas mroku”

Zamieszczone 18 marca 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Kilka lat temu Polityka wydała zbiór najważniejszych mów w historii. Oczywiście był tam Winston Churchill, noblista literacki. I chyba słusznie (wbrew krytykom), bo w kontekście nowożytnych mów politycznych, to był arcymistrz. (Nawet jeśli Nobla dostał za wspomnienia, a nie za same mowy.)

Teraz nam brytyjska MaBeNa zaoferowała ekranizację kilku z tych mów, z próbą zarysowania dla nich mrocznego tła.

Stary dowcip mówi, że pisać o muzyce, to jak tańczyć o architekturze, czy jakoś podobnie. Mowa polityczna jest innym gatunkiem sztuki, niż film i jednego na drugie przełożyć się nie da.

Bo jak tu oglądać film o Churchillu skoro już się wie, że jego polityka nie była kolejnym jego szaleństwem, ale przeciwnie, umocniła słuszny i prowadzący do zwycięstwa upór? Jak tu oglądać w wygodnym fotelu i wczuć się w ludzką niepewność?

Ale właśnie, MaBeNa. Podśmiechiwaliśmy się z ministra Glińskiego, ale coś w tym jest. Skoro Brytyjczycy mają? Bo zauważmy, jak wygląda świat filmu: dzielni brytyjscy żołnierze, dzielny Churchill, dzielna żona Churchilla, dzielne brytyjskie społeczeństwo i tchórzliwi politycy konserwatywni*, zagubieni Francuzi. Niemcy gdzieś hen, hen, to zrzucający bomby z Heinkla, to transmitujący Austriaka-Hitlera. (Należy tu jednak tej brytyjskiej MaBeNie przyznać, że choć fałszuje historię ku chwale narodu, to przynajmniej nie antagonizuje, nie szerzy żadnej nienawiści.)

Napisy mówią, że Brytyjczyków pod Dunkierką uratowała ochotnicza flota (a z filmu dowiadujemy się, że stała za nią determinacja Churchilla) — i to stanowi kwintesencję owej MaBeNy. Bo przecież tam bili się też Francuzi (a francuska marynarka miała spory udział w ewakuacji; polska zresztą też brała w niej udział), zaś zdecydowaną większość żołnierzy ewakuowano z portu, czyli za pomocą poważnej, „dużej” floty (wojennej i transportowców), a nie małych łodzi.

Tymczasem w filmie, to Churchill, zwykli Brytyjczycy i poświęcający się brytyjscy żołnierze (choć nie bardzo wierzący w to, czemu się poświęcają) „zrobili” Dunkierkę*.

To wszystko służy jednemu — pokazaniu pewnego osamotnienia Churchilla, który tylko w brytyjskim ludzie, ewentualnie żonie i jeszcze bardziej ewentualnie królu, znajduje oparcie do przeciwstawienia się Hitlerowi… Bo oni dobrzy i wspaniali, a reszta zasługująca na zapomnienie…

***

Dobrą rzeczą w filmie jest próba pokazania nie tylko pomnikowego Churchilla. Zresztą należą się brawa dla Gary’ego Oldmana i jego charakteryzacji (David Malinowski & co.); plusy można zanotować za pokazanie żony, Clementine. Z drugiej strony, film uderzał schematami już znanymi, choćby z „Królowej” (serialu), w której identycznie pokazano Churchilla — przez pryzmat cygar, alkoholu, dyktowania w łóżku czy kąpieli; a wszystko to widz w obu filmach ogląda okiem początkującej sekretarki**. To niby pięknie, że można zobaczyć innego Churchilla, próbować dopowiedzieć coś więcej o tej osobowości, zerknąć za fasadę twardego polityka z cygarem w ustach; ale może zamiast już rozpoznanych przez filmowców dziwactw uderzyć w coś innego? Bo Churchill na przykład lubił malować obrazy***, a takiej działalności do dziadkowatego i od rana podchmielonego Churchilla (z „Czasu mroku”****) nie potrafię sobie dokleić.

Zresztą szerzej: o ile film był dobrze zagrany i miał pewne plusy w tej „teatralnej” warstwie, to raził nie tylko uproszczeniem (dobry Churchill, zła reszta elit*****), ale też nawrotami schematów, powtarzanych aż do znudzenia.

***

Któryś z polskich filmowców twierdził, że aby zdobyć publiczność należy kręcić filmy dla niedorozwiniętych intelektualnie czternastolatków. Szczęśliwie, okazało się to w jego przypadku przepustką do filmowego zapomnienia; niemniej mam wrażenie, że coś takiego w filmowach jest. Może dorozwiniętych intelektualnie i może szesnastolatków, ale jednak wciąż nie dla osób dorosłych. Bo widz „Czasu mroku” nie powinien znać historii zbyt dobrze, nie powinien być zbyt dociekliwy. Może nawet więcej: nie powinien za dużo wiedzieć o Churchillu, bo właśnie potrawa serwowana przez filmowców jest w tym przypadku dobra, tylko pod warunkiem świeżości. Nawet jeśli ma tak zdrowe i odżywcze składniki, jak Gary Oldman i Kristin Scott Thomas.

——
*) Nawet nie wchodzę w „zagadkę Dunkierki”, czyli dyskusję o tym, dlaczego niemiecki nacisk zelżał, dając czas na ewakuację. Nie wchodzę też w to, co bodaj przyznawał prywatnie już sam Churchill, że Dunkierka militarnie była klęską, gdyż utracono cały sprzęt i Wielkiej Brytanii nadal nie miał kto bronić*****. Ale, jednak bardzo liczyli się ludzi i ich doświadczenie. I to pewien symbol.
**) Tu możliwy też przeskok do „Upadku”, gdzie mamy dość podobne spoglądanie na świat wodza oczami sekretarki, zresztą fizycznie podobnej…
***) Swoją drogą, szkoda że nikt nie poszedł tym tropem: Hitler, dobry rysownik, ale właśnie grafik, operujący czarną kreską; i Churchill, zafascynowany w obrazach barwami.
****) Dosłownie „Najczarniejsza godzina”, co chyba jest lepszym tłumaczeniem.
*****) Sam Churchill pisząc wspomnienia, bardzo ciepło się wyraża o Neville’u Chamberlainie. Że historia oceniła go niesłusznie. Że to bardzo twardy człowiek, który wiele poświęcił dla kraju, i który nie pozwoliłby już Hitlerowi na nic więcej.
******) Choć znałem historię, to miałem ochotę podpowiadać od czasu do czasu Churchillowi: „Powiedz im, że masz doświadczenia z Gallipoli, że inwazja to wcale nie jest taka prosta sprawa”; albo „bruździ ci Halifax — zmień go!” Ale zrobić nie można…

Proporcja

Zamieszczone 24 lutego 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Poza linią frontu brytyjscy oficerowie i podoficerowie w Królewskim Korpusie Saperów dowodzili 150 kompaniami (45 000) włoskich saperów oraz 223 000 Włochów wykonujących prace budowlane, podkreślając tym samym fakt, iż dla każdego alianckiego żołnierza na froncie Cassino przypadało 15-20 osób zatrudnionych w pewnym zakresie dla utrzymania go na tym froncie.

Peter Caddick-Adams, Monte Cassino. Piekło dziesięciu armii, tłum. Mirosław Bielewicz, Znak, 2014

Naród to My!

Zamieszczone 28 stycznia 2018 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Przypomnijmy sobie, jak turecki prezydent Recep Tayyip Erdoğan na kongresie partii zwrócił się do swoich licznych krytyków w kraju: „Naród to my. A wy kim jesteście?” Wiedział oczywiście, że jego przeciwnicy również są Turkami. Roszczenie do wyłącznej reprezentacji nie ma charakteru empirycznego, lecz wyraźnie moralny. Ubiegając się o stanowiska, populiści ukazują swych politycznych konkurentów jako niemoralną, skorumpowaną elitę; kiedy zaś rządzą, odmawiają uznania jakiejkolwiek opozycji za prawomocną. Logika populistyczna zakłada, że ktokolwiek nie chce popierać populistycznej partii, nie może być częścią narodu we właściwym sensie — zawsze definiowanego jako prawy i moralnie czysty. Najprościej mówiąc, populiści nie głoszą: „99 procent to my”. Sugerują raczej, że „my to 100 procent”.

Ten rachunek dla populistów zawsze się zgadza, odkąd wszelkie odstępstwa mogą zostać uznane za niemoralne i tym samym wyłączone poza obręb własnego narodu. W ten sposób populizm jest zawsze formą polityki tożsamości (choć nie wszystkie warianty polityki tożsamości są populistyczne).

Jan-Werner Müller, Co to jest populizm?, tłum. Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017

Harari raz jeszcze…

Zamieszczone 8 grudnia 2017 - autor: pak4
Kategorie: Bez kategorii

Kultura stara się argumentować, że zakazuje jedynie tego, co jest nienaturalne. Ale z biologicznej perspektywy nic nie jest nienaturalne. Cokolwiek jest możliwe, z definicji jest także naturalne. Prawdziwie nienaturalne zachowanie, takie które łamałoby prawa natury, zwyczajnie nie może istnieć, a więc i nie potrzebuje zakazów. Żadna kultura nie zadbała o to, by zakazać mężczyznom fotosyntezy, kobietom biegania z prędkością większą od prędkości światła, albo zmiany ładunku elektronów, w celu stania się atrakcyjniejszymi.


Oryginał:

Culture tends to argue that it forbids only that which is unnatural. But from a biological perspective, nothing is unnatural. Whatever is possible is by definition also natural. A truly unnatural behaviour, one that goes against the laws of nature, simply cannot exist, so it would need no prohibition. No culture has ever bothered to forbid men to photosynthesise, women to run faster than the speed of light, or negatively charge electrons to be attracted to each other.

Yuval Noah Harari, Sapiens: A Brief History of Humankind, Random House, 2015


Uwaga:

Doczytę (w wikipedii), że Yuval Noah Harari żyje w małżeńskim związku homoseksualnym, wyraźnie więc zarzut „nienaturalności” jest czymś, co dotyka go osobiście. Ale przecież nie tylko o to może chodzić, a trudno mi nie zgodzić się z jego argumentacją — organizmy rozpychają się w swoim środowisku, wszystkimi środkami, jakimi dysponują. Tak więc narządy nabierają nowych znaczeń i sensów. Zresztą… piszę to rękami, czyli przednimi kończynami, czymś co nie służyło w oryginale do wyrażania myśli, a do zrywania owoców, chodzenia, czy (jeszcze wcześniej cofając się w ewolucji) — pływania. (Sam Harari przywołuje przykład ust: jama gębowa powstała do przyjmowania pokarmu, a nie mówienia, całowania, czy wyrywania zawleczek od granatów.)

Harari podsumowuje te rozważania stwierdzeniem: natura pozwala, kultura zabrania. Nie zabrania on zabraniać kulturze, ale zabrania powoływania się przy tych zakazach na naturę.